Łukasz Maciejewski
Wieloletni wykładowca Wydziału Aktorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi
Łukasz Maciejewski – krytyk filmowy i teatralny, filmoznawca, wykładowca akademicki, autor książek, dyrektor i kurator festiwali. Absolwent filmoznawstwa w Instytucie Sztuk Audiowizualnych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wieloletni wykładowca na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi (za działalność pedagogiczną pięciokrotnie wyróżniony Nagrodą Rektora I stopnia). Moderator i współorganizator kilkuset festiwali i przeglądów filmowych w Polsce i w Europie. Dyrektor sześciu festiwali: „Kino na Granicy” w Cieszynie, „Grand Prix Komeda” w Ostrowie Wielkopolskim, „Wajda na Nowo” w Suwałkach, „Alchemia Kina” w Zamościu, „Natura Kina” w Pińczowie, „Arcymistrzowie Kina” w Gdyni, kurator festiwali „Tofifest” w Toruniu i „Tarnowianie” w Tarnowie. Członek Europejskiej Akademii Filmowej, Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych FIPRESCI, Polskiej Akademii Filmowej, Stowarzyszenia Filmowców Polskich, Stowarzyszenia Autorów ZAiKS, Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych AICT. Uhonorowany medalem „Polonia Minor” oraz orderem „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Dwukrotny laureat Nagrody Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w kategoriach „książka roku” i „krytyk roku” (czterokrotnie nominowany do tej nagrody), laureat „Złotej Róży”, statuetki „Uskrzydlonego”, „Sowy”, „Dziennikarskiej Weny”, „Art Kciuka”. W 2022 roku otrzymał Nagrodę „Klaps” dla krytyka filmowego roku. Laureat nagrody „VIP” dla Kreatora Kultury oraz Nagrody Specjalnej za wkład w popularyzację sztuki filmowej na Festiwalu Krytyki Filmowej „Kamera Akcja” w Łodzi (2025). W 2024 roku Prezydent Tarnowa uhonorował Łukasza Maciejewskiego tytułem „Ambasadora Tarnowa". Stały ekspert filmowy i komentator w „Tygodniku Kulturalnym” w TVP Kultura, ambasador projektu „Kultura Dostępna w Kinach”, członek Rady Kultury Sopotu, wieloletni członek kapituły Paszportów Polityki. Od 2011 roku gospodarz konferencji prasowych konkursu głównego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Juror dziesiątek festiwali filmowych i teatralnych na Polsce i na świecie (m.in. w Rabacie, Montrealu, Karlowych Warach, Warszawie, Krakowie, Toruniu, Poznaniu, Gdyni, Podgoricy, Agadirze, Skopje, Cottbus, Austin i Pusanie). Współpracuje z Teatrem Łaźnia Nowa w Krakowie, gdzie jest kuratorem autorskiego programu „Akademia Filmu Polskiego Łukasza Maciejewskiego” oraz z Teatrem im. Słowackiego w Krakowie prowadząc cykl „Przywrócone arcydzieła” w Małopolskim Ogrodzie Sztuki. Współpracuje z wieloma czasopismami i portalami. Aktualnie jest stałym recenzentem filmowym „Interii”, felietonistą „Kalejdoskopu Kultury” i „Jazz Forum”, współpracownikiem miesięcznika „Kraków i Świat”, portalu teatralnego „AICT”, „Notatnika Teatralnego”, „Scen Polskich”, „Rocznika Sopockiego” oraz magazynu „Wiadomości Zaiksu”. Autor ośmiu autorskich i współautor ponad czterdziestu zbiorowych publikacji książkowych. Wydał m.in. „Przygodę myśli. Rozmowy obok filmu”, „Wszystko jest lekko dziwne. Jerzy Radziwiłowicz w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim”, „Aktorki. Spotkania”, „Aktorki. Portrety”, „Aktorki. Odkrycia”, „Flirtując z życiem. Danuta Stenka w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim”, „Wpadnij, to pogadamy... Krzysztof Orzechowski w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim”, „Krystian Lupa, Łukasz Maciejewski, Koniec świata wartości. The end of the world of values” (w 2025 roku ukazało się rumuńskie wydanie książki - „Sfârșitul lumii valorilor”, w tłumaczeniu Ioany Diaconu-Mureșan). W 2026 opublikował monumentalny, blisko 850-stronicowy, wybór recenzji teatralnych - „Zwierz bardzo żarłoczny”.
**M.P.:** Naszą rozmowę chcę zacząć osobiście. Jakiś czas temu straciłam sens zajmowania się filmem. Większość produkcji filmowych, także dokumentalnych, poszło w stronę branży. Myślenia, nie takiego, które rozwija autorski styl, ale myślenia branżowego właśnie. Pisze o tym jeden z moich ukochanych filozofów, Niemiec koreańskiego pochodzenia, Byung-Chul Han. Jego zdaniem, we współczesnych filmach nie ma opowieści, jest *storytelling*. Czym dla Ciebie jest opowieść? **Ł.M.:** Opowieść filmowa, bierze się dla mnie bardzo konsekwentnie i w sposób oczywisty z literatury. Z tego, czym były dla mnie książki. I czym są, bo tu się niewiele zmieniło. Staram się utrzymywać reżim i codziennie czytać, jakkolwiek byłbym zajęty. Jest to dla mnie taki trochę tlen. I książki były najpierw. Nie znam żadnego przypadku, żeby ktoś, mając pięć czy sześć lat, mówił, że będzie krytykiem filmowym. Nikt sobie tego nie wyobraża. Na bardzo wczesnym etapie można jednak nauczyć się przyjmować, jak to określiłaś, opowieści. Ja mam poczucie, że ta moja droga jest interesująca, przede wszystkim dla mnie, ale dla kogoś jeszcze może przy okazji także. Na bardzo wczesnym etapie zaraziłem się książkami. I bardzo dużo czytałem od najwcześniejszych lat. To jest coś, co myślę, jest absolutną bazą. I właśnie opowieścią, która multiplikowała się na inne przestrzenie. Mnie nikt tych lektur nie podsuwał. Nie miałem domu, w którym mama by mi przynosiła książki, to było intuicyjne dla mnie. Sam chodziłem do biblioteki już od szkoły podstawowej. Czytałem i było mi tam lepiej niż w innych przestrzeniach szkoły. Uczyłem się dzięki nim poznawać samego siebie. To było ucieczkowe dla wrażliwości mojej na pewno, takie szukanie sprzymierzeńców dla siebie. I pamiętam, to już była maturalna klasa, kiedy ukazało się po latach nowe wydanie Prousta *W poszukiwaniu straconego czasu*. Nie byłem na tyle dojrzały, żeby wszystko zrozumieć, bo jak się ma osiemnaście lat, to jest jednak za wcześnie na Prousta. Ale z drugiej strony, od tamtej pory już go nie przeczytałem. Narzuciłem sobie wtedy reżim, a przecież powinienem się był uczyć do matury, żeby czytać trzydzieści stron dziennie. Całymi partiami tego nie rozumiałem, ale zdarzały się takie zdania, wystrzały z aurory. Cały zeszyt nimi zapisałem. Mam ten zeszyt, nawet chyba tutaj w Krakowie, z cytatami z Prousta. Po tym Prouscie nic mi już tak nie wchodziło, ani Dostojewski, ani Mann. A naprawdę solidnie próbowałem. Opowiadam o książkach, bo ja w filmie, a potem w teatrze, a przecież od początku studiów zacząłem pisać o teatrze, szukałem opowieści, jakichś form życia równoległego albo życia tożsamego, życia bliźniaczego, które pomagają żyć, które porządkują mi dzień. To nie jest przymus, tylko chęć, żeby codziennie coś zobaczyć. **M.P.:** Co Cię tak wzięło w Prouście? Ciekawi mnie perspektywa nastolatka, który czyta Prousta. **Ł.M.:** To jest cały kosmos. Traktuję to, co on pisze jak kosmos, stworzenie świata introwertycznego bohatera czy bohaterów. W dodatku przyjmuje to nieskazitelną formę literacką i ja, mając osiemnaście czy dziewiętnaście lat utożsamiałem się z bohaterem, z jego wrażliwością. Nic tu nie ma specjalnie odkrywczego. Kiedy przekroczyłem tę linię demarkacyjną, że mnie to nużyło albo że było zbyt trudno przyswajalne, to się zadomowiłem. Parę razy mi się to w życiu zdarzyło. Tęsknię za takimi lekturami. Tęsknię za takimi filmami, które cię tak oszołomią, że nie jesteś w stanie przestać ich oglądać aż skończysz. Niewiele ich mam. Ten bunt przeciwko literaturze wynikał z tego, że ja nie potrafiłem czytać niczego innego. Ta propozycja egzystencjalna była tak mocna, że nie potrafiłem się skupić na niczym innym. To minęło, ale Proust został we mnie takim łzawym wspomnieniem. Bardzo dobrym wspomnieniem. Cieszę się, że wtedy byłem zdyscyplinowany i że mogłem sobie na to pozwolić. Tak samo jak cieszę się, że mam tę swoją listę ukochanych filmów, która przecież liczy sobie setki, nie dziesiątki, a setki propozycji filmów, które zostaną ze mną na zawsze. Tego szukamy chyba w ogóle w życiu. Jeśli nie mówimy o relacjach ludzkich, które porządkują nam życie, są często motywem przewodnim, to jeżeli abstrahujemy od tego na moment, to tym właśnie dla mnie jest sens, o którym mówisz, że tak go uparcie szukasz i to jest fascynujące. I czy to jest Proust, czy to jest kino, czy to jest malarstwo, czy to jest balet, to jest to próba zrozumienia tego momentu, w którym jesteśmy, chwili, w której jesteśmy. Nawet jeżeli twórcy tych dzieł wcale tego nie rozumieli, to jest to formuła, sposób nadawania życiu po prostu, sensu. **M.P.:** A gdybyśmy przeskoczyli z literatury do kina i z tej swojej listy ukochanych filmów miałbyś wybrać jeden, to byłby nim? **Ł.M.:** To jest ciekawe pytanie, bo oczywiście nie myślimy teraz o tym, że coś jest skończonym arcydziełem. Że jest w idealnych proporcjach. To mnie interesuje w kinie, zawsze mnie to interesowało, jakieś takie niedoskonałości, zaburzenia. Rzeczy okrągłe, idealne, bez kantów nie bardzo mnie interesują, także ludzie bez kantów jakoś mnie bardziej niepokoją niż cieszą. W kinie, gdybym miał wskazać jeden film, to bym wybrał może dlatego, że on łączy się jakoś z Proustem, grecki film, mało osób go zna, *Pejzaż we mgle* Theo Angelopoulosa. To jest wybitny reżyser, w Polsce nieznany niemal zupełnie. To jest Wajda greckiego kina. Tak bym go porównał. Ma też mnóstwo oponentów, bo to jest kino patetyczne. To jest kino wielkich słów. My w Polsce tego nie lubimy. Oburzamy się, że to jest egzaltacja albo kino, które w założeniu ma być jakąś super ważną sztuką. A ten film wyszedł mu trochę na wspak. Obejrzałaś *Pejzaż we mgle*? **M.P.:** Oczywiście. **Ł.M.:** To wszystko wiesz. To jest opowieść o Jasiu i Małgosi. Baśń o dzieciach, które trzymają się razem i świat mityczny, bo tam jest mitologia w tym filmie zawarta również. W kinie Theodorisa Angelopoulosa, mitologia ma ogromne znaczenie. Fakt, że był Grekiem, zafascynowanym kulturą grecką, kulturą starożytną. I to, że ten film jest nieposkładany, że tam jest kilka filmów. To jest kino drogi, ale też dramat obyczajowy, ale też film o kresie Europy. Jeśli miałbym określić tę opowieść, to byłaby to opowieść rozszarpana wewnętrznie. Opowieść, która w gruncie rzeczy się nie układa. Ten film był wielkim sukcesem. Nawet nie pamiętam, ale on chyba dostał Europejską Nagrodę Filmową. Nie jest to film anonimowy w Europie, ale w Polsce mało znany. Zobaczyłem go jako bardzo młody człowiek. Myślę, że albo jako licealista, albo na początku studiów i mój zachwyt nie miał końca. Oglądając go spisałem sobie cytaty, które gdzieś mam z tyłu głowy. Pada tam takie zdanie: „*Tak jest, już zawsze mój samotniku, Twoje serce bije mocno tak, że zaraz pęknie.*” To jest film, który nawet, kiedy nie widziałem go na świeżo, to nie muszę tego robić. Myślę, że z 10 lat na pewno albo dłużej go nie widziałem, ale mam go głęboko w sobie. To jest jeden z tych filmów, które w najwyższym stopniu wpisały się w moją perspektywę odbiorczą. Nie krytyka filmowego, ale widza. Kogoś, kto kocha kino. **M.P.:** Ten film, w moim odczuciu, komórkowo wcieka w ciało. Chcę Cię zapytać o ostatnie ujęcie. **Ł.M.:** Przypomnij. **M.P.:** Drzewo. Te dzieciaki po swojej podróży biegną w stronę drzewa. **Ł.M.:** Na pewno to ma znaczenie symboliczne. Zresztą Angelopoulos w kolejnym filmie o Odyseuszu, którego grał Harvey Keitel, też myśli symbolicznie. Tam z kolei bryły wynurzają się z wody. Twarze, trochę jak rzeźby Mitoraja. On miał do tego tendencję. Ja, kiedy piszę recenzję, nie chcę dedukować, żeby nie starać się być mądrzejszym niż jestem. Żeby nie przejmować się tym, że ktoś powie, o tym, co pisze, że to jest naiwne, głupie, proste. Moje pisanie, przechodziło bardzo różne drogi. Jestem w tym zawodzie, już wiele lat, bo piszę właściwie od liceum, czyli ponad 30 lat uprawiam ten zawód. Nigdy nie zapomnę sugestii wrzuconej gdzieś pomiędzy rozmowę na zupełnie inny temat. To była prywatna rozmowa z Krystianem Lupą, a być może to było w wywiadzie. On powiedział wtedy, że nie wolno się wstydzić głupoty własnej. Nie chodziło o to, że jesteśmy głupi albo nierozgarnięci, czy że nie umiemy analizować rzeczywistości, czy kojarzyć faktów, ale żeby się nie wstydzić takich głupich myśli, takich, które ktoś inny może postrzegać jako niemądre albo słabe, a my mamy w sobie wewnętrznego cenzora, który mówi, że, jeśli nie będę wiedział, co oznacza to drzewo w *Pejzażu we mgle*, to lepiej nic nie mówić. A dlaczego nie? A może powiedz, że w tym filmie chodzi o to, że babcia umarła i oni to drzewo widzą, bo chcą, żeby narodziła się kolejna wnuczka. Mówię taką pierdołę, ale to jest okej. I myślę, że Lupa mówiąc o tym, że nie wolno się wstydzić własnej głupoty, uruchomił coś we mnie. Coś się we mnie odblokowało po tym zdaniu. To oczywiście był proces. To nie było tak, że on mi to powiedział o 15.34, a ja od 16.20 zmieniłem życie. Ale zacząłem pisać wtedy inaczej. Wciąż chcę pisać, wydaje mi się, że to jest moje posłannictwo, używając patetycznego języka, jestem krytykiem piszącym. Wszystko inne potrafię zrobić. Poprowadzić festiwal, spotkanie zorganizować, nagrać film, wideo, wszystko potrafię. Robot wielofunkcyjny, ale jednak chcę pisać. Mam tego świadomość, a to jest naprawdę w zaniku, to jest najgorzej opłacane, i najsłabiej chyba szanowane. Ale mnie to w ogóle nie obchodzi. Pisanie i taka żarliwość wyznania, którym są moje recenzje, czy większe teksty. Mało mam na to czasu, ale kiedy piszę, to staram się, żeby to płynęło. Piszę szybko. Nie robię wnikliwej korekty, bo chcę ocalić coś, co jest intuicją. Mam poczucie i jest to ważne, że, jeżeli mam swój styl, to wynika on z wolności. Bardzo chciałbym w to wierzyć. Wolności pisania i jakiegoś może nawet bezwstydu w budowaniu fraz, że one tak płyną i tak mają płynąć. Nie ma być to naukowym czy filmoznawczym słowotokiem. Chociaż skończyłem filmoznawstwo i rozumiem taki styl. Staram się jednak trzymać linii, że to jestem ja i tylko ja i aż ja zarazem. I to mnie stwarza. **M.P.:** To się czuje w Twoim pisaniu, a wracając jeszcze na moment do listy Twoich ulubionych filmów, to one są dla mnie o tęsknocie, mniej bądź bardziej, choćby pierwszy film na Twojej liście. **Ł.M.:** *Spragnieni miłości* mniej pasują do tego, o czym mówię, bo to jest film idealny. Gdybym miał pokazać film, który jest nieskończenie piękny, wizualnie, aktorsko i muzycznie nieskazitelny, to to jest właśnie ten film. Chociaż nie bez powodu, był on na pierwszym miejscu, to bliżej jest mi do filmu mniej doskonałego, jak właśnie *Pejzaż we mgle*, bo *Spragnieni miłości* to film zrobiony od cyrkla, zrobiony od milimetra, a zarazem jest to akwarela, więc to nie jest płótno, tylko akwarela. Myślę, że tylko ta kultura, którą znasz, bo tam mieszkałaś, może stworzyć takie dzieło, myślę, że żaden Polak, Słowianin, czy mieszkaniec Europy, nie byłby w stanie nakręcić takiego filmu. Odbieram ten film jak malarstwo wybitne, Rubensa, którego oglądamy w galerii, i jest on dla mnie kwintesencją wszystkiego. **M.P.:** Rozumiem tę kulturę, bo tam ciut mieszkałam. To są ludzie kochający sztukę i sztuka jest widoczna w ich codzienności. Wiesz, czym mnie zaskoczyłeś? Mimo, że czułam to jakoś, to jednak zaskoczyło mnie, że lubisz niedoskonałość. **Ł.M.:** Niedoskonałość może być genialna. Jednym z moich ulubionych pisarzy jest Thomas Bernhard, który uczynił z błota, z wściekłości, z agresji motorykę wszystkiego, co ma zapis w jego literaturze, motorykę agresywnej wręcz postawy wobec Austrii, Europy, świata, wobec domu i rodziny i to jest jeden z moich najważniejszych pisarzy. A wracając do filmów, to są przynajmniej dwa filmy, które zabrałbym na bezludną wyspę. Filmy Grzegorza Królikiewicza uwielbiam. Są mocne, alternatywne, outsiderskie, pełne niezgody na rzeczywistość i taki świat wydrenowany. To dla mnie filmy inicjacyjne i sam Królikiewicz jest bardzo ważną dla mnie postacią. Miałem szczęście go znać. Z jednej strony oczywiście jest Andrzej Barański, poeta prowincji, wydaje się idealnie do mojej codzienności dopasowany i do mojego temperamentu, raczej afirmacyjnego i pielęgnującego stoickie podejście, takie uporządkowanie codzienności, ale kino czy bodźce to jest zupełnie coś innego. Jaka cię interesuje kolorystyka, jakie cię interesuje malarstwo, jacy ludzie cię interesują, z którymi chcesz przebywać częściej niż z innymi, etc. **M.P.:** Pogadajmy o Królikiewiczu. To potęga kina pod każdym względem. Reżyserii, kadrowania, montażu. **Ł.M.:** Niewiele jest filmów, które pozostają wstrząsającymi na tle świata. Nie mówię tylko o polskiej kinematografii. Bardzo wiele osób próbuje takie filmy zrobić, natomiast żeby to przeprowadzić, żeby to było koherentne, jak u pana Królikiewicza, z myślą filozoficzną i z myślą teoretyczną, to rzadko się zdarza. Przecież on był także teoretykiem i to wszystko opisywał. Jego zajęcia w szkole filmowej w Łodzi, kiedy był jeszcze w dobrej formie, to były spotkania niesłychanie trudne. Myślę, że dzisiaj byłoby mu bardzo trudno z jego temperamentem tworzyć i miałby wielu wrogów ze względu na swój charakter niełatwy. Ale w tym momencie, w którym on tworzył, był reformatorem języka filmowego i kiedy czytałem *Notesy* Wajdy, to mnie zaciekawił hołd Wajdy oddawany Królikiewiczowi. Trudno sobie wyobrazić większe skrajności. Królikiewicz i Wajda pod każdym względem różnili się od siebie i spojrzeniem na życie i na kino. *Notesy* to fascynująca lektura, ujawniają w sposób czasem drastyczny zdanie Andrzeja Wajdy. On go pewnie nie ujawniał *in extenso*, natomiast na piśmie to zostało. I jest tam ten jego niesamowity szacunek dla Królikiewicza i właściwie peany na jego temat, jako reżysera oczywiście, nie jako człowieka, bo tutaj pewnie nie mieli po drodze. *Na wylot*, ale i *Tańczący jastrząb* i *Zabicie ciotki* i ten mój ukochany *Przypadek Pekosińskiego*. Miał też kilka złych filmów, to nie był reżyser równy. On też zmienił status teatru telewizji, jego *Faust* jest uważany za jedno z tych wydarzeń, które przeszły do legendy teatru telewizji jako medium w Polsce. Ja go zapamiętałem. Miał przeszywający wzrok, tak jakby cię chciał rozebrać na części pierwsze. Trudno było wytrzymać jego spojrzenie, a wpatrywał się nieznośnie. Przyjechał do Tarnowa na Tarnowską Nagrodę Filmową z *Przypadkiem Pekosińskiego*. Byłem wtedy w jury młodzieżowym albo byłem po prostu widzem. Nie pamiętam. Zrobił na mnie ten film ogromne wrażenie i ośmieliłem się, nie znając go, poprosić go o rozmowę do pisma *Tarniny,* tarnowskiego miesięcznika. On się nie tylko zgodził, ale to jest właśnie świadectwo kogoś, kto widzi może głębiej rzeczywistość, poświecił mi bardzo dużo czasu. Spotkaliśmy się, w bibliotece w Tarnowie. Nie wiem, czy mnie potem pamiętał. Wydaje mi się, że mnie pamiętał, bo parę razy prowadziłem z nim spotkania. Pamiętam jak w Zwierzyńcu na Letniej Akademii Filmowej, Piotrek Kotowski zrobił retrospektywę jego kina. Też nigdy tego nie zapomnę. Królikiewicz był niesamowicie inteligentny, gwałtowny. Pamiętam, odbywały się debaty działaczy polskiego kina w Łagowie i Królikiewicz zaatakował jakąś panią, która prowadziła to spotkanie, jakby się do bicia jej zabierał. To było niewiarygodne, kim on był. Patrzyłem oniemiały. To wszystko wydawało się nieprawdziwe. Ta postać wydawała się nieprawdziwa, a zarazem bardzo zgodne było to z tym, co on robił w kinie. Ja to jego kino uwielbiam. Nie muszę się z człowiekiem zgadzać, nie pijemy herbaty, nie rozmawiamy o polityce, a kino robił znakomite. Zrobiłem retrospektywę jego filmów w Cieszynie na festiwalu *Kino na granicy*. On już był tak w złej formie, że trzeba go było taksówką wieźć z rynku do Teatru Muzycznego, to jest parę kroków, ale już naprawdę był w złej formie i było spotkanie po *Na wylot* w teatrze, mało ludzi wtedy przyszło, ale pamiętam, że Wojtek Staroń zabrał głos jako jego kolega z uczelni, Królikiewicz pytał mnie, kto to jest, nie wiedział. Wojtek był filmem zachwycony, nie znał go wcześniej. To już nie był ten Królikiewicz, którego znałem. Kilka miesięcy później umarł. Jego ostatni film, *Sąsiady*, niezły film, nie taki wspaniały, jak te jego wcześniejsze też pokazywaliśmy. Jakiś chłopiec, który był uczestnikiem spotkania, wstrząśnięty tym filmem, taki trochę młody ja, z emfazą mówił, że to jest dla niego Dostojewski. Królikiewicz się wściekł, odmłodniał o trzydzieści lat. Myślałem, że on wleje temu młodemu człowiekowi. Krzyczał, że całe życie pracuje na to, żeby nie być porównywanym, że to jest skandal. Zgasił tego człowieka, ale chodziło mu, jak Majchrzakowi, o prawdę, o priorytety w interpretacji jego kina. Potem znowu był umierającym staruszkiem. To jest portret człowieka, ale i on i jego kino się ze sobą rymują. Takie mam właśnie opowieści z tym Królikiewiczem związane. **M.P.:** Taki dziki trochę był. **Ł.M.:** Dziki bardzo. Gdybym miał użyć skrótu myślowego, a tylko tak możemy rozmawiać, to powtórzyłbym pewnego rodzaju frazes, że kino jest lustrem rzeczywistości. Kino pokazuje to, co jest z drugiej strony lustra. U Królikiewicza jest to popękane, porysowane albo stare, już sprzed stu lat, lustro. Są na nim naloty, nieefektowne liszaje albo po prostu to lustro jest zgniecione obcasem. Królikiewicz taki świat powtarza w każdym filmie, a nawet jeżeli szuka dla tego świata nadziei, bo *Przypadek Pekosińskiego* jest filmem poszukującym nadziei, to jednak but na wypolerowanej lustrzance jest dość mocno dociśnięty. Najkrócej, ale chyba trafnie, to powiedziałbym, że to jest takie kino, w którym ktoś pluje na lustro albo je kopie. **M.P.:** Gdybyś miał wybrać takiego reżysera, bez którego ta nasza rozmowa byłaby niepełna, to kogo byś wybrał? **Ł.M.:** Mam takiego reżysera od zawsze i mam zaszczyt się z nim przyjaźnić, jest nim wspomniany wcześniej Andrzej Barański. To jeden z niewielu reżyserów, który konsekwentnie robi filmy o porządnych ludziach. Zło jest atrakcyjne, ponieważ Szekspir jest ciekawy i u niego wszystko jest fotogeniczne. A Andrzej Barański to jest twórca niezwykły, wielki artysta, niedoceniony zdecydowanie, którego wszystkie filmy, teatry telewizji, animacje, dokumenty, to są wszystko udane rzeczy. On nie zrobił jednej złej rzeczy w polskim kinie, a zrobił ich ze sto. Charakter Andrzeja Barańskiego jest taki, że on o sobie nie chce mówić, nie narzuca się, nie wyciąga ręki po laury, jest samoistny i samowystarczalny, a zarazem szczęśliwy. Ilekroć się z nim spotykam, rozmawiam ze szczęśliwym, spełnionym człowiekiem, któremu udało się zrobić to, co chciał na zasadach, jakich chciał, z artystami, których szanował. On ma status niesamowity wśród aktorów. Jest jedynym reżyserem, którego aż tak poważa Jan Frycz czy Krystyna Janda. Zdaniem Jandy, *Parę osób mały czas*, to obok *Przesłuchania* jej najważniejsza rola. Barański jest postacią naprawdę istotną i mówię same banały, ale nie mam w zanadrzu innych określeń, które by profilowały mój stosunek do niego. To nazwisko jest bardzo ważne dla naszej kinematografii. Są ci wszyscy giganci jak Andrzej Wajda, Krzysztof Zanussi, Wojciech Jerzy Has czy Jerzy Kawalerowicz i bezdyskusyjnie na ten status zasługują, a są też giganci nie mniej istotni, nie mniej ważni jak Andrzej Barański, który funkcjonuje w innej linii. Jego filmy albo nie trafiały w ogóle do kin, albo miały jakąś śladową ilość widzów, a jestem pewien, że są to jedne z ważniejszych filmów, jakie w Polsce powstały i moje ukochane filmy *Nad rzeką, której nie ma,* *Kramarz*, *Parę osób mały czas,* teatry telewizji, *Kobieta zawiedziona* z Krystyną Jandą czy *Siedem pięter* z Wojciechem Pszoniakiem są to rzeczy, które sprawiły, że kocham ten zawód, bo jeżeli mogę spotykać się z taką twórczością, spotykać się z takimi twórcami, z takimi artystami, to jestem szczęśliwy, że mogę ten zawód wykonywać. **M.P.:** Jak byś określił kwintesencję tego sposobu opowiadania? **Ł.M.:** To jest poczucie, że świat nie jest doskonały, bo przecież nie jest, bardzo często. Barański adaptuje literaturę, ale nie jest to Szekspir, Czechow ani Nałkowska, ale literatura, po którą nikt inny raczej nie sięga poza nim, choćby Filipowicz, Choromański czy Kuncewiczowa. To jest świat, który daje nadzieję, który pokazuje, że nie potrzeba ani wielkich zrywów ani bohaterstwa ani oddawania życia za ojczyznę czy za kobietę, ale można być szewcem czy kramarzem i przeżyć życie pięknie i jeszcze pokazać, że to życie, właśnie takie, ma sens. Barański różne filmy robił, bo on jest bardzo ciekawym twórcą. W jego filmografii są filmy najważniejsze, które wymieniłem, ale jest też sporo niespodzianek. Za dwa tygodnie w Krakowie pokazuję film *Wolne chwile*,który jest groteską, komediodramatem z poczuciem humoru Mrożka. To był jego drugi film. Główną rolę zagrał w nim Krzysztof Majchrzak, który jest artystą bezkompromisowym, wymagającym i od siebie i od reżysera i mówił mi, że to była najlepsza praca w jego życiu, po prostu wzorcowa. Jest jeszcze film *Tabu* z muzyką Zygmunta Koniecznego. To jest taki film skandynawski, minimalistyczny z bardzo niewielką ilością dialogów, z genialną rolą Grażyny Szapołowskiej, też bardzo nieoczywiście obsadzonej. Szapołowska uważa, że jest to jej, poza *Krótkim filmem o miłości*, najlepsza rola. *Tabu* był dla niej wyzwaniem aktorskim. Bardzo mało ludzi ten film zna. Gra w nim czworo aktorów. Grażyna Szapołowska, Bernadetta Machała-Krzemińśka, Bronisław Pawlik i Krzysztof Gosztyła. Jest on bardzo gęsty, zmysłowy, perwersyjny w pewnym sensie. Z drugiej strony mamy *Dwa księżyce*, które, gdybym miał zajęcia na reżyserii, to bym je pokazywał, bo ten film dla mnie to maestria reżyserska. Mamy 30 głównych ról, wszyscy mają co grać. To jest taki polski Altman. To jest konstrukcja, która wymaga warsztatu i jeszcze przecież grają same gwiazdy. Poprowadzić ich tak, żeby oni grali, a nie jedynie byli gwiazdami na ekranie, to jest coś bardzo trudnego. Nie ma drugiego w Polsce takiego filmu. Ani takiego drugiego reżysera.