Monika Gendek
Terapeutka, praca ze wspólnotą
Psychoterapeutka, superwizorka. Łączę estetykę terapii Gestalt z ekopsychologią i głęboką ekologią. Prowadzę warsztaty dla osób zainteresowanych integracją procesu psychoterapeutycznego z pracą w przyrodzie. Interesują mnie zjawiska psychologiczne późnego antropocenu i jakość kontaktu z "dziką jaźnią". Współtworzę autorskie projekty-naczynia służące kolektywnemu dojrzewaniu i praktyce świadomej kobiecości. Uczestniczę w projektach społecznych związanych z aktywizmem klimatycznym oraz wspierających kulturę terapii w budowaniu praktyk służących zdrowiu. Moją intencją jest ucieleśniona praktyka, gdzie głęboko leczącą jakością jest zaangażowana obecność.
# Monika Gendek **M.P.:** Zaczęło się od tego, że miałam wewnętrzny, bardzo silny głos, kompletnie nieracjonalny, po zobaczeniu twarzy pływaczek koreańskich, osiemdziesięcioletnich, siedemdziesięcioletnich, które wchodzą pod wodę i na bezdechu łowią skorupiaki. Zobaczyłam ich twarze i było mi wszystko jedno, jak i po co do nich pojadę, aby odbyć z nimi spotkanie. Czułam, że wydarzy się tam dla mnie coś bardzo ważnego. One mnie przyjęły, otuliły. Poczułam się elementem wspólnoty. Do takiej wspólnoty bardzo tęskniłam. Będąc z nimi, ale też będąc na tej wyspie, chodząc po czarnych wulkanicznych skałach, coś w sobie rozpuszczałam. Do tego stopnia, że za każdym razem kiedy wracałam tu, to coraz mniej pasowałam do starych schematów. Wracałam żywa, prawdziwsza, bardziej swoja. Silna. Może w naszej kulturze nie lubi się siły. **M.G.:** Lubi się siłę, ale nie lubi mocy. To jest coś innego. Kobiety mają moc. Siła jest z męskiej zasady. A żeńska to jest moc. To jest doświadczenie z terenu, z takiego świętego miejsca, z współistnienia. Takie doświadczenie bardzo często rodzi się pomiędzy kobietami. Że nam jest łatwo je współtworzyć. Trudniej jest o to we wspólnotach mieszanych. Nasze spotkanie zaczęło się od ciała. Mówiłaś o zmarzniętych rękach. O potrzebie ciepłej herbaty. **M.P.:** Ciało. Ręce. Tak. **M.P.:** I ta „ ja cielesna” to ten najbardziej pierwotny język, taki, który nie da się nabrać. Nie da się oszukać. Dlatego dzisiaj się spotykamy, bo ja mam zaufanie do siebie. To jest rodzaj zaufania na takiej głębokości, który się nie daje nabrać. Bo jeśli szanuję Twoją moc, a Ty możesz szanować moją moc, to możemy współtworzyć taką rzeczywistość, która rośnie. Ale nie rośnie w liniowy sposób, ale z mocą, jaką dały ci kobiety na tej wyspie. Oczywiście jest to porządek stary, matriarchalny. On też był w Europie. Był na Krecie, był w różnych miejscach. W tym porządku mamy opowieść o życiu, nie o władzy. Tu, kiedy wracasz, mówisz, że jest obecna władza. A władza to jest siła, a nie moc. I kiedy jest władza, to się można na różne rzeczy nabrać. A kiedy jesteś w połączeniu z mocą, to powiedziałaś, że Ci się serce rozrastało. To znaczy, że tam jest bardzo dużo przestrzeni. Jestem terapeutką i wiem z doświadczenia, że serce uzdrawia się, kiedy idziesz wolno, jak najwolniejsza część ciebie. Tak długo trwa proces uzdrawiania serca. To jest bardzo powolny proces, w tempie na cztery czwarte. On jest spiralny. Zwijającej się spirali i rozwijającej się spirali. I tych wszystkich momentów. Bo spirala szanuje każdy moment cyklu. Szanuje płodną próżnię, w której też na pewno byłaś. I szanuje moment, w którym jest rozkwit. I każdą stację. Od ziarenka do przepięknej obfitości. Ale powiedziałeś, że byłaś z nimi w przestrzeni bez słów. Że tłumaczka nie była potrzebna. Oczywiście w języku dzikiego self, bo on może być poza słowami. Chociaż język też jest dziki. I jest wspaniały. Mamy choćby metafory, które nas przenoszą. Żeby utworzyć wspólnotę, trzeba działać na tym poziomie. Na tym poziomie dzikości w nas. Bo to jest język uniwersalny. To jest język, który rozpoznajemy w sobie, bo jesteśmy istotami społecznymi. I żyliśmy wcześniej w małych wspólnotach. Jesteśmy stworzeni do tego, żeby żyć w małych wspólnotach. Jest to dla nas naturalne. I w jakimś sensie bardzo adekwatne i zrozumiałe dla naszych ciał. Teraz jest taka praca do wykonania. I dlatego się pewnie widzimy. Bo chcesz zrobić film, którego sercem jest rzeka. Rzeka w porządku spiralnym. W rzece jest wir, który przecież też jest symbolem spiralnym. Jest zupełnie naturalny - w rzece i w ciele rzeki. Byłaś tam częścią. Byłaś zaproszona do wspólnoty. To jest rzadkość teraz. Ja akurat mam intencję tworzenia małych regeneratywnych wspólnot. Tym się zajmuję teraz w swoim życiu. I powiedziałaś też, że zostałaś zaproszona. Właściwie nawet nie zostałaś zaproszona, tylko zostały otwarte przed tobą drzwi również przez szamanki. Bo na poziomie ciała, wnosiłaś swoją moc, a nie władzę, bo one ciebie na pewno widziały. To jest widzenie tego, co widzialne i niewidzialne. Nawet w obszarze ducha. Bo człowiek w wymiarze holistycznym ma także obszar ducha. To jest w tych wspólnotach bardzo ciekawe, że oni o ten obszar się bardzo troszczą. My żyjemy w świecie, w którym jest nadmiar pozytywności. To jest ogromny problem. Pisze o tym w *Społeczeństwie zmęczenia* Byung-Chul Han. On pisze, że zmęczenie jest dobroduszne, bo prawdziwa moc obejmuje cały cykl życiowy. Siła obejmuje fragment. Dlatego to się nie udało i nigdy się nie uda. Nie dojdziemy nigdzie jako społeczeństwo oparte o tryb wiecznego wzrostu. Czy ten cały konsumpcjonistyczny odjazd, w którym żyjemy. Który zniszczył bardzo dotkliwie życie na Ziemi. Kiedy wiem, że po naszym spotkaniu, jedziesz nad Biebrzę, to czuję, że Ty już jesteś w tej sieci. Bo spirala zaprasza nas do życia w sieci. Widzenia świata i naszych połączeń jako sieci. I właściwie jestem przekonana, że kiedy pojedziesz nad Biebrzę rozmawiać z kolejną osobą, to będziecie rozmawiać o tym samym, tyle, że innymi słowami. Bo to, co w nas nieoswojone i dzikie, jest wieczne i żyje w wiecznym, a nie liniowym, czasie. Dlatego te kobiety mogły cię rozpoznać bez słów. To jest teraz bardzo istotne, żebyśmy dbali o małe wspólnoty, ponieważ w nich możemy sobie opowiadać z poziomu serca. To jest jak najbardziej możliwe. Łatwiej jest w nich zejść do poziomu życia na dół i boso. Doświadczenie mocy, czyli bycie widzianym, słyszanym i połączonym z żywym światem, daje ten rodzaj możliwości, ten rodzaj bogactwa, że teraz możemy się porozumiewać ze sobą na poziomie współtworzenia pewnej jakości, a nie produkowania towarów. Więc jeśli siedzę z tobą w tej sprawie, to siedzę również na rzecz rzeki, która jest od jakieś dwa kilometry od nas. Siedzimy w jej terenie zalewowym. Siedzimy przy jednym z najstarszych drzew w okolicy, bo siedzimy przy Łazienkach. To zadanie, o którym mówię, nie jest dla bohaterów, ani superbohaterów, bo mit superbohatera już się wyczerpał. Teraz jest czas na tak zwanych bohaterów nieznacznych, którzy żyją po prostu regeneratywne życie, bo to jest akt oporu, bardzo antysystemowy. Jesteś artystką. Opowiadasz historię. Mówisz, że się nie da jej opowiedzieć obrazem, że szukasz inaczej. **M.P.:** Chcę odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie obrazy, zakorzenią nas w spirali, jakie dźwięki. **M.G.:** Kiedy pracuję z kobietami w obszarze miednicy, to obrazy same przychodzą. To jest po prostu w naszej psychice, czy w tym, co nas otacza. Kiedy popatrzysz na to, jak się układa energia w wodzie, w różnych miejscach, jak się układa piasek, wszystko układa się jak wir. Spirale. Pięknym odpowiednikiem jest doświadczenie pracy z labiryntem. Są różne ceremonie labiryntu. Część z nich jest wzorowana na labiryncie Chartres w Francji. Teraz też to robią kobiety w Warszawie. To jest przepiękne doświadczenie. Ono jest właśnie pracą z intencją, w której ludzie pracują razem, pokonując labirynt, idąc do serca labiryntu ze swoim pytaniem. To są praktyki, które są od setek lat. Spirala jest wpisana w metaforę labiryntu. Jest przecież o tym także stary mit. Dlatego dla mnie spirala jest tak ciekawa, bo obejmuje także to, co rdzenne ludy nazywają wielką tajemnicą. Ma tę część, która jest zwinięta. Jak najstarsze rośliny na ziemi, paprocie choćby. W *Patykach i badylach* Urszula Zajączkowska pisze o tym, że one są od dewonu na ziemi. Dlatego przetrwały, ponieważ mają bardzo prostą budowę. Po prostu się multiplikują, a środek wypełnia pusta przestrzeń. A to, na co my sobie w epoce późnego kapitalizmu, nie pozwalamy, to na pustą przestrzeń właśnie, na to, co ja nazwałam wcześniej płodną próżnią. Ona jest w spirali, bo spirala rozwija się od tego właśnie miejsca. Powiedziałaś, że zaczynasz od „nie wiem.” Nasza cywilizacja nie przyjmuje „nie wiem,” nie przyjmuje tego miejsca liminalnego. Przejścia. **M.P.:** Kocham to miejsce. **M.G.:** To jest to, co teraz próbujemy uzdrowić. Przynajmniej ja się tym zajmuję. Wspieranie ludzi, siebie. To jest zawsze także o mnie. Żyjemy w momencie, w którym, dosłownie za chwilę, będzie luty i na tych stoiskach przy przystankach będą rozwinięte tulipany. A kiedy jest czas tulipanów? **M.P.:** Wiosną. **M.G.:** Właśnie. Joanna Macy mówi, że żyjemy w czasie wielkiego przyspieszenia i on nam nie pozwala na płodną próżnię. W małych wspólnotach możliwe jest przeżywanie całości cyklu. Bo wspólnota ma swoje rytuały. My jako społeczeństwo wytraciliśmy prawie wszystkie rytuały. One są martwe, a najgorsze jest to, że martwy jest rytuał żałoby. Jesteśmy w żałobie totalnie osamotnieni. Rzeka łączy. Niedawno przeczytałam tekst o tym, że nie wszystkie rzeki trafiają do morza. Właśnie z powodu tego, co my robimy z męskiej zasady w świecie regulowania, liniowości, eksploatowania, tego wszystkiego, co powoduje, że tak bardzo odchodzimy od życia, od tego, co żywe. Życie jest chaotyczne, a my bardzo boimy się chaosu. Boimy się bagien, nad które właśnie jedziesz, bo bagna niosą w sobie chaos. A przecież to bagna oczyszczają wodę. Potrzebujemy przypomnieć sobie ten nasz dziki kawałek, bo dziki to samoregulujący się. Tak jak rzeka potrafi się samoregulować poprzez bardzo wiele różnych swoich biologicznych rytmów, tak samo my to potrafimy. Jeśli damy sobie odpowiednią ilość odpoczynku, czyli tej płodnej próżni, to zdrowiejemy. Zwierzęta mają swoją ekumenę, to jest dla nich święte miejsce. To jest ich schronisko. Polana, na którą one przychodzą i czują się bardzo bezpieczne. Mam intencję dbania o to miejsce. Jestem pewna, jako osoba pracująca z psychiką ludzką, że jeśli nie zadbamy o to teraz, to będzie za późno. Ten moment, w którym jesteśmy, wydaje mi się bardzo kluczowy. Robię to z poczucia, jak pisał Erich Fromm, odpowiedzialności i pracy na rzecz przyszłych pokoleń. Odpowiedzialność dotyczy żywego, dzikiego kawałka poza słowami, w którym potrafię komunikować się z rzeką. Ja jestem rzeką. Nie ma tutaj na tym poziomie żadnej granicy. Jesteśmy cały czas w żywej wymianie ze światem. Koncepcja narcystycznego self jest o tym, że jesteśmy niezależni, atomistyczni. A to nieprawda. Na poziomie biologicznym, cielesnym jesteśmy w nieustannej wymianie. Dla mnie ważnym pytaniem jest, jak zamieszkiwać to miejsce, żeby lekko chodzić, lekko stąpać. Bo ta wymiana jest krucha i potężna jednocześnie. Boli mnie 6 centymetrów wody w Wiśle. Jeśli rozumiemy, jak są połączone ekosystemy, to wiemy, że susza geologiczna istnieje również we mnie. Widzę, jak wysychamy. Wysychamy ze znaczeń, z głębokiego połączenia i wysychamy z poczucia sensu. Stare wspólnoty potrafiły świętować życie. My tego nie mamy. Nie ma takiej kategorii obecności w świecie, gdzie możemy naprawdę dziękować za życie i również nie traktować tego jako coś, co jest oczywiste albo co nam się należy. Dlatego byłam w miejscu, w którym rozpaczałam i płakałam z rzeką. Brałam udział w marszu żałobnym na rzecz rzeki. Poszli tam ze mną też i moi pacjenci, i bliskie mi osoby, inni aktywiści. To jest ogromny przywilej bycia tu gdzie jestem. To nie jest oczywiste, że tutaj jestem. Jestem tutaj po coś.