Piotr Czerkawski
Krytyk filmowy
Polski krytyk filmowy, dziennikarz i scenarzysta, jeden z kuratorów programowych Kina Nowe Horyzonty oraz programerów festiwalu Nowe Horyzonty (sekcja Shortlista). Absolwent Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych ze specjalizacją Filologia Polska na Uniwersytecie Wrocławskim, obronił pracę magisterską o roli alkoholu w polskim kinie. Publikował w czasopismach takich jak „Kino”, „Film”, „Dziennik Gazeta Prawna”, „Krytyka Polityczna”, „Odra”, „EKRANy”, „Więź”, a także na portalach internetowych – „Filmweb.pl”, „Dwutygodnik.com” i „O.pl”. Jego artykuły ukazywały się również na łamach „Studiów Filmoznawczych”, czasopisma naukowego Uniwersytetu Wrocławskiego. Od 18 października 2015 do zakończenia emisji był współgospodarzem Weekendowego Magazynu Filmowego w TVP1. Od 2016 jest członkiem Europejskiej Akademii Filmowej. Jest także członkiem Stowarzyszenia Filmowców Polskich i Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych FIPRESCI. We wrześniu 2019 Wydawnictwo Czarne opublikowało jego książkę „Drżące kadry”. Rozmowy o życiu filmowym w PRL-u. Jest to zapis rozmów autora ze znanymi reżyserami tworzącymi w okresie Polski Ludowej. Książka spotkała się z pozytywnymi recenzjami krytyków.
**P. Cz.:** To jest kotka Inba. Czekałem, czy przyjdzie, bo często przychodzi, a to nie jest reguła. Pomyślałem sobie, że jeżeli to ma być rozmowa o naturze, to ona musi się tu pojawić, żeby jakoś uprawomocnić tę sytuację i wznieść ją na wyższy poziom. **M.P.:** Widzę ruszający się ogon. Co poczułeś, kiedy poprosiłam Cię o rozmowę na temat natury w kinie? **P. Cz.:** W pierwszej kolejności poczułem zdziwienie, ponieważ natura była dla mnie zawsze przestrzenią nie do końca intuicyjną, w takim sensie, że jakbym miał się gdziekolwiek osadzić i gdybym sięgał do wspomnień i chciał się osadzić w szerszym wymiarze i zastanowił, w jakiej przestrzeni przebywam głównie, to by to było miasto. Zawsze odbierałem się jako osobę, która lubi miejskie życie, jest w nim wręcz zafascynowana i pasuje do tej rzeczywistości, w której się dużo dzieje, jest mnóstwo bodźców, nieprzewidywalności, potencjalnych dróg rozwoju, możliwości, żeby kogoś spotkać, czymś się zainspirować i żyć intensywnie. Tak też w sumie biografia sama mi się układała. Od urodzenia mieszkałem w mieście i w najgorszym możliwym dla mnie momencie, czyli kiedy miałem 13 lat, zaczynałem nawiązywać przyjaźnie, chodzić na imprezy, etc. rodzice zdecydowali, że wynosimy się na przedmieścia, właściwie na wieś, która jest już poza granicami Wrocławia. Dla mnie to była katorga i tragedia, bo mi to utrudniało życie. Takie było moje pierwsze skojarzenie z tym i raczej czułem uciążliwość tego stanu rzeczy niż satysfakcję z faktu, że jest tam ciszej, że mamy ładny ogród. Dzisiaj to by wyglądało pewnie trochę inaczej, bardziej bym to zbilansował, ale wtedy tak myślałem. Ale jednocześnie czułem, że to wszystko nie jest takie proste, że to jest tylko jakieś powierzchowne myślenie i trochę wybrakowane, bo jeżeli sięgam głębiej, to natura jest dla mnie bardzo istotna i inspirująca, kojąca. Natomiast to się objawia bardziej w takich zrywach, tak bym to nazwał, w jakichś pojedynczych mgnieniach, w pojedynczych olśnieniach, że ja czuję, że ta natura ma na mnie wpływ i jest bardziej istotna niż na co dzień. Nie myślę o niej regularnie, natomiast kiedy to się zdarza, to myślę intensywnie i jestem jej wdzięczny. Ale może właśnie ze względu na to, że to nie jest coś stałego w moim życiu, tylko kontakt z jakąś sferą, która ma w sobie coś niecodziennego i wprowadza mnie w inny porządek. Pozwala oderwać się od tego, co na co dzień, co oswojone i w tym samym stopniu inspirujące, co przytłaczające. W tym, co odsłania natura, jest jakaś tajemnica i coś właśnie nie do końca łatwego do zdefiniowania, co mnie jednocześnie paraliżuje, czy budzi we mnie nieufność, ale jednocześnie zaprasza na głębszy poziom. Tak bym tę swoją złożoną relację opisał i swoją pierwszą reakcję. **M.P.:** Ciekawe też, że używałeś słowa „myślę” i to nieraz, mówiąc o naturze. **P. Cz.:** Ciekawe? **M.P.:** Tak. Bo jednak kiedy myślę o Tobie, to ostatnią rzeczą, jaką bym powiedziała z całym moim szacunkiem do Twojej inteligencji, to raczej bym użyła słowa „czuję”. **P. Cz.:** To jest najpiękniejszy komplement, jaki słyszałem od dawna, ale to może nas prowadzić do Rohmera. Jakoś naturalnie układa mi się to w głowie, bo kiedy już zacząłem się naturą, na potrzeby naszej rozmowy, interesować trochę głębiej i zastanawiać, w czym chciałbym się zanurzyć, to Rohmer, przyszedł mi do głowy bardzo szybko i bardzo wyraźnie. Zobaczyłem *Zielony promień* przed oczami, a to przecież wcale nie jest pierwsze nazwisko, które przychodzi do głowy, kiedy myślimy o filmowcach żyjących i tworzących w zgodzie z naturą. To nie jest Werner Herzog czy Andriej Tarkowski. Jest kilku innych filmowców, których bardziej intuicyjnie byśmy tutaj wskazali. Jest jakiś kanon, który ja zawsze miałem w poważaniu, a jednocześnie szukałem wolności od kanonu i Rohmer to jest moja odpowiedź i moja wrażliwość i myślę, że to, o czym Ci przed chwilą mówiłem, to znaczy osadzenie w miejskości, ale jednak z takim przyciąganiem ze strony natury, z takim wzywaniem przez naturę i odpowiadaniem na te wezwania, to jest coś bardzo Rohmerowskiego. To jest filmowiec, który portretował paryskie życie, pokazywał bohaterów, mieszczuchów zagubionych w labiryncie, najczęściej właśnie wielkiej paryskiej metropolii, ale tęskniących do czegoś innego, takich, którzy wiedzą albo czują, może nawet bardziej czują, że życie jest gdzie indziej i że to sedno, kontakt z samymi sobą na najgłębszym poziomie, oferuje im właśnie natura. Wyjazd na prowincję, oderwanie od miejskiego zgiełku, to dla nich był rodzaj święta, ale właśnie te momenty u Rohmera, kiedy im się udaje z naturą jakoś zjednoczyć czy złapać z nią kontakt, one są najcenniejsze i tutaj ja się bardzo z tym identyfikuję. Kiedy spojrzymy na *Zielony promień*, to przecież jest on dokładnie tym, historią, inspirowaną szkocką legendą, która najpierw się pojawiła u Verne’a w książce, później u Rohmera, jakoś nieznacznie przetworzona, opowieść o tym, że kto zobaczy to rzadkie zjawisko meteorologiczne na morzu, czyli promień, który się pojawia na ułamek sekundy, kiedy niebo jest bezchmurne i słońce zachodzi nad wodą, ten zyska wgląd w swoją duszę. Tak to poetycko jest wyjaśnione. I bohaterka usłyszawszy tę historię, podąża za nią, i to jej się udaje na koniec i to jest moment jej największego szczęścia czy zgody z samą sobą, bo ona w ten sposób się utwierdza w przekonaniu, że człowiek, którego wybrała czy do którego czuje przyciąganie czy afekt, to jest ten jedyny, ten właściwy, ten wybrany. Nie dochodzi do tego drogą racjonalizmu, drogą jakiegoś rozumowania bardzo intelektualnego, a przecież bohaterowie Rohmera są często intelektualistami i mają na podorędziu koncepcję filozoficzną i aforyzm na każdą okazję, ale najmądrzejsi są wtedy, kiedy słuchają natury właśnie. **M.P.:** Natura w ujęciu Rohmera, co to właściwie jest? **P. Cz.:** Czym jest natura w ujęciu Rohmera? Myślę, że to jest pierwiastek wyższego rzędu czy raczej przestrzeń komunikacji czegoś metafizycznego z bohaterami tych filmów. Oczywiście u Rohmera, to jest wszystko dyskretne i za to go lubię, że on wielkie słowa wypowiada szeptem, czy je trochę unieważnia, czy trochę schodzi z tonu przez potoczność, przez ironię, ale myślę, że on tak traktuje właśnie naturę, że te wszystkie najpiękniejsze metafizyczne momenty jego kina, albo prawie wszystkie, dzieją się właśnie w przestrzeni natury i to na bardzo różnych etapach jego twórczości, bo przecież *Jesienna opowieść,* jego ostatnie arcydzieło, to jest przecież film o wielkiej zgodności pomiędzy rytmem życia człowieka a rytmem życia przyrody, o jesieni życia, która rymuje się z momentem zbiorów winnych i jest w tym rymowaniu się jakiś porządek, takie poczucie spełnienia, poczucie tego, że natura nam sprzyja, że zestrojenie się z nią w jeden i ten sam rytm jest czymś kojącym i budującym. I zarówno główna bohaterka jak i jej przyjaciółka, dochodzą do tego wniosku i jest on krzepiący, więc myślę, że w większości przypadków u Rohmera, natura jest właśnie taką przestrzenią dialogu z metafizyką i przestrzenią, w której można znaleźć z nią porozumienie, w której ona się uobecnia, ale w sposób zupełnie nieoczywisty, nienarzucający się. Ona obfituje w symbole, które zobaczą tylko ci, którzy rozglądają się wystarczająco wnikliwie i przede wszystkim chcą to zobaczyć. **M.P.:** Tak, dla mnie to jest najciekawsza definicja natury, bo można znaleźć różne pułapy tej definicji. Ale jeszcze w narracji, w sposobie opowiadania jest u Rohmera zamierzony chaos, w tym szamotaniu bohaterki, w różnych próbach, które ona podejmuje. **P. Cz.:** Jest coś nieokiełznanego, tak. Ten film jest zrealizowany w sposób paradokumentalny, wręcz taki epizodyczny, naśladujący chaos, jakim najczęściej jest nasze życie. Tak naprawdę to jest pewna droga od chaosu do uporządkowania. To jest bardzo konsekwentnie przez Rohmera prowadzone i oddaje stan ducha bohatera. Tak się dzieje w *Zielonym promieniu*, ale ciekawym przykładem jest też film troszkę przyjemniejszy, bardzo mało znany, ale ja go darzę wielką sympatią. To są *Cztery Przygody Renet i Mirabelle*. Film o dwóch przyjaciółkach, które poznają się przypadkiem na francuskiej wsi. Jedna z nich spędza tam wakacje, jest paryżanką, taką wręcz snobką, a druga jest dziewczyną stamtąd, lokaleską. One się zaprzyjaźniają, później mieszkają w Paryżu, ale tam jest ciekawa dychotomia, bardzo po Rohmerowsku oryginalna i nieoczywista. Paryż, wielkie miasto jest labiryntem i przestrzenią chaosu, a z kolei wieś jest idylliczna w pewnym sensie. Tam jest spokój, tam jest porządek, ale też tylko dla tych, którzy mają odpowiednie podejście. Natura w filmach Rohmera, i chyba to jest też bliskie mi podejście, może uczyć cierpliwości. I w *Czterech przygodach Renet i Mirabelle* to jest bardzo wyraźnie wypowiedziane, w pierwszej części tego filmu, bo ta dziewczyna ze wsi mówi swojej przyjaciółce, że istnieje coś takiego jak niebieska godzina, czyli moment po świcie, kiedy noc przechodzi w dzień i przez chwilę, dosłownie przez ułamek sekundy jest taki odwrócony zielony promień trochę, że można w tym magicznym, a jednak powtarzalnym codziennie momencie, doświadczyć absolutnego spokoju. I ona zabiera swoją przyjaciółkę, żeby jej to pokazać, żeby tego razem doświadczyć. Ale za bardzo chce, jest za bardzo spięta i zdeterminowana i jakiś pojedynczy hałas, tę ciszę, tę błogość zakłóca. I ta dziewczyna jest bardzo sfrustrowana, że tak się stało i widać po tym, że nie była gotowa, żeby tego doświadczyć, bo była zbyt zdeterminowana. I kiedy to rozumie, idą tam następnym razem i ona już nie ma wygórowanych oczekiwań, wszystko dzieje się samoistnie. I to jest też jakaś piękna myśl, jaką Rohmer nam zaszczepia, że z naturą trzeba postępować w sposób łagodny i cierpliwy. Nie można od niej za dużo wymagać, bo ona oczekuje partnerstwa. Inaczej będzie niesforna i sobie z nas zadrwi. **M.P.:** Partnerstwa i takiej współobecności, bo jeżeli będziemy zbyt napięci i będziemy chcieli ją skontrolować w jakiś sposób, narzucić jej naszą opowieść, to ona się wycofa z tej opowieści. **P. Cz.:** Tak, zbuntuje się oczywiście. To jest cały Rohmer. To jest myśl, która się przewija w jego wielu filmach. Zresztą on przywiązywał wagę do pogody w ogóle. Nawet mówił o sobie autoironicznie, że jest reżyserem meteorologicznym. To jest określenie, którego używał. I rzeczywiście pogoda pełni w jego filmach rolę narracyjną, jest bardzo ważnym środkiem. Nawet deszcz w *Kolanie Clary*, ulewa, która się rozpętuje, wywiera bardzo istotny wpływ na to, co się dzieje między bohaterami. Gdyby tego deszczu nie było, prawdopodobnie nie doszłoby między nimi do romantycznego aktu. Więc w jakimś sensie natura też jest katalizatorem tego, co dzieje się między bohaterami. Wydaje się, że przez przypadek, a tak naprawdę wcale nie. Ona często opowiada bohaterów, łączy się z ich instynktami, do których oni się sami nie przyznają. I to jest też kolejny wymiar tego, jak dużą, jak ważną rolę odgrywa natura w filmach Rohmera. Zresztą ona była dla niego istotna na bardzo wielu płaszczyznach. To wcale nie było oczywiste w momencie, kiedy on tworzył, dla jego formacji intelektualnej czy filozoficznej, bo on był przecież praktykującym katolikiem. Nie obnosił się z tym, ale jednak miał takie poglądy. Kiedyś go o to zapytano wprost, on nie lubił o tym mówić, ale wiedział, że jeśli musi to określić jednym zdaniem, to one na pewno nie są lewicowe, a jednocześnie był ekologiem. Bardzo było dla niego istotne takie myślenie, które dzisiaj nazwalibyśmy ekologicznym. Taka wrażliwość, troska o przyrodę, co bardziej się kojarzy z innego rodzaju formacją intelektualno-filozoficzną. Więc on przełamywał proste schematy. **M.P.:** Przypomina mi się bohaterka *Opowieści zimowej,* która sobie pozwala na pewnego rodzaju naiwność. Zresztą troszkę wyśmiewaną przez jednego z bohaterów. I ta naiwność sprawia, że ona mówi tekstami filozoficznymi, kompletnie filozofii nie znając, ale ma dostęp w inny sposób, taki intuicyjny, do mądrości. **P. Cz.:** I zawstydza tego profesora. To jest piękny motyw. Bardzo go lubię u Rohmera, że on patrzy szerzej. Pokazuje, że mądrość nie jest mierzalna w prosty sposób, erudycją, liczbą przeczytanych książek. To jest właśnie to, o czym też mówiłaś na początku, ta rola pewnej intuicji i czucia ponad rozumienie. I co Rohmer, będąc intelektualistą i erudytą, rozpoznawał. I to też jest świadectwo jego przenikliwości, co najmniej, jeśli nie wielkości. Bardzo lubię ten motyw *Opowieści zimowej*. On też znajduje swój wyraz bardzo mocny w scenie, kiedy bohaterowie, właśnie ta fryzjerka i jej partner, filozof, oglądają tytułową *Opowieść zimową* Szekspira w teatrze. Później rozmawiają o swoich wrażeniach i okazuje się, że filozof się zasłania okrągłymi słówkami, a fryzjerka zrozumiała sedno tego dramatu dużo lepiej. Jest dużo bliżej tego, co tam było najistotniejsze, tylko wyraża to prostymi słowami i to w żaden sposób jej nie przeszkadza w zbliżeniu się do tego, o czym tak naprawdę Szekspir chciał powiedzieć. To jest wspaniałe. **M.P.:** Natura to też rytm, to znaczy natura żyje w rytmie. Kiedy obserwuję świat zwierząt, to on rządzi się światem rytmu i światem rewiru. **P. Cz.:** To mi się kojarzy z bieganiem. Bo to jest coś, co mnie w bieganiu fascynuje, to jak ono ujawnia względność przestrzeni. Tak naprawdę wprowadza nową perspektywę. Zresztą jest coś takiego w psychologii jak efekt Bader-Meinhof, to znaczy, kiedy zaczynasz intensywnie myśleć o jakimś zjawisku, to dostrzegasz, że masz takie wrażenie, taką może iluzję, że ono cię otacza i jest go dużo więcej w twojej obecności niż ci się wydawało. I tak trochę mam z naturą w ostatnich tygodniach w kontekście naszej rozmowy, bo raptem wczoraj skończyłem czytać zbiór esejów Zofii Król, zbiór esejów o przestrzeni. Był tam wspaniały esej o wędrowaniu i o ruchu, o tym, jak ruch się wiąże z przestrzenią. I ona zauważyła, że tej przestrzeni dla piechurów czy dla biegaczy jest w dzisiejszych czasach coraz mniej. I ze względu na to, że zawłaszczają rzeczywistość samochody, że wszystko tak naprawdę staje się podporządkowane tym masywnym, wielkim maszynom, my mamy już coraz mniejszą szansę, coraz mniej możliwości na kontakt z naturą w takim aspekcie. I ona to opisuje za pomocą popularności bieżni stacjonarnej. Podaje to jako jeden z argumentów, że ze względu na to, że jest coraz mniej terenu, który można pokonywać, albo wiąże się to z dużo większym wysiłkiem, planowaniem, koniecznością stawania na światłach, to ludzie się przerzucają na bieżnię i po prostu biegają w kółko. I to jest odzieranie z jakiegokolwiek romantyzmu, czy z poczucia kontaktu z naturą właśnie, z tym, co żywe. Ja bieżni stacjonarnej nie znoszę. Uważam, że ona reprezentuje coś kompletnie bezdusznego. Zdarza mi się rzeczywiście biegać na bieżni lekkoatletycznej. Po prostu boję się ruchu samochodowego, kiedy jest intensywny i rzeczywiście tak postępuję. Natomiast w idealnych okolicznościach mam taką trasę, biegam w weekendy, to jest czasem 20 kilometrów, gdzie od domu właściwie biegnę na przedmieścia i zachwyca mnie w tym doświadczeniu wiele rzeczy, ale w pierwszej kolejności myślę o tym, jak kurczy się przestrzeń, albo jak zmienia się perspektywa. Przestrzeń, odległość, której w życiu bym nie pokonał na piechotę, albo zajęło by mi to pół dnia i totalnie wycieńczyło, tutaj biegając jestem w stanie pokonać w niecałe dwie godziny i świat przez to uzyskuje inny wymiar. To jest coś fascynującego, ja też lubię zwykłość tej trasy, taką swojskość, ona nie jest super malownicza. Wiedzie przez jakiś wiadukt, przez pozornie nieciekawe wioski, w których nie ma nic, co przykuwa uwagę na pierwszy rzut oka, ale to jest moja przestrzeń i ja ją traktuję jako oswojoną i wyostrza mi się spojrzenie, że biegając tamtędy regularnie dostrzegam coraz większą liczbę szczegółów, jakoś mocniej się w tym kontekście osadzam i bardzo lubię tam wracać i ciekawi mnie to nawet bardziej niż jakieś stereotypowo piękne, pocztówkowe widoki. To jest myślenie przestrzenne, ale oczywiście w grę też wchodzi odczucie, jakie się pojawia w ciele za sprawą biegania. Wydzielają się endorfiny, etc. Lubię definicję, że bieganie to jest trochę medytacja w ruchu, że twoje ciało odczuwa przyjemność, twój umysł też pozwala sobie na dryfowanie w różnych kierunkach, czasem odpoczywa, czasem staje się kreatywny. Ta kreatywność przychodzi często znienacka, falami, też kiedy się jej nie spodziewasz. Kiedy chcesz ją sztucznie wywołać, to się nie zadzieje. Bardzo lubię biegaczy wśród artystów i czuję z nimi powinowactwo, zawsze jestem ciekaw, co mają do powiedzenia na temat swojego stosunku do biegania. Najmniejsze zaskoczenie świata w kontekście tego, o czym mówiliśmy wcześniej, Erik Rohmer był biegaczem zaprzysięgłym bardzo długo i to jeden z sekretów jego długowieczności również, że w ten sposób ćwiczył i trenował. Don DeLillo, czyli jeden z moich ulubionych pisarzy, których ostatnio czytałem, pasjami, też bardzo dużo mówił o wpływie biegania na swoją kreatywność i na to jak bieganie wyznacza rytm jego dnia. To mnie bardzo zaciekawiło, bo opisując swój przykładowy dzień, mówił, że zaczyna od pracy nieco odtwórczej, powiedzmy od robienia researchu, czytania gazet, zbierania informacji, robienia szkiców i w momencie, kiedy czuje, że ten etap już się zakończył, to zanim zabierze się do pracy kreatywnej i zacznie pisać swoje książki, to idzie pobiegać, żeby oddzielić grubą kreską te dwa porządki w swoim życiu. Wydało mi się to bardzo symboliczne i bardzo sensowne, że właśnie bieganie mu wyznacza granice między dwiema sferami jego życia. **M.P.:** W super zaskakującym, bardzo ciekawym kierunku ta rozmowa poszła, bo przestrzeń, także ta pokonywana w trakcie biegania, jest połączona z mózgiem starym, czyli tą częścią mózgu, którą mamy wspólną z większością zwierząt. **P. Cz.:** Pierwotną. **M.P.:** I wracając jeszcze na moment do zwierząt i do przestrzeni, to właśnie zwierzęta mają swój rytm i rewir. I właśnie w tym, w rytmie i rewirze znajdują bezpieczeństwo. A człowiek to jest jedyne zwierzę, które ten rytm naturalny zaburza. **P. Cz.:** Wszystko psujemy. **M.P.:** Tak. **P. Cz.:** Nie po raz pierwszy, nie ostatni, ale zobacz, może to nie jest przypadek tak naprawdę, że *Trenque Lauquen* kończy się sceną biegu, szybkiego chodu może, ale ja jakoś zapamiętałem to jako bieg, gdzie bohaterka poszerza swój rewir właśnie, mam wrażenie i staje się znowu nieuchwytna i wkracza w przestrzeń zarezerwowaną dla mężczyzn, dla gauchos, dla kowbojów. **M.P.:** Dla dzikiego. **P. Cz.:** Tak, dokładnie, co mi zostało bardzo w pamięci, kiedy myślałem o tym filmie, a wracam do niego myślami bardzo często… **M.P.:** Ja też. We mnie żyje takie zwierzę w środku, które one hodowały w tym swoim wilgotnym szklarniowym pokoiku. **P. Cz.:** O tym jest ten film chyba, o nabieraniu świadomości, że to zwierzę istnieje i łaknieniu kontaktu z nim, ośmielaniu się, żeby się z nim skontaktować. Przecież podróż głównej bohaterki, która wiedzie przez jezioro i przez dom, w którym to zwierzę, ten stwór jest przetrzymywany w pewnym sensie, to jest podróż od kultury do natury. Bardzo mi się podoba nienachalny feminizm tego filmu. Mamy dzisiaj w popkulturze bardzo dużo takich przykładów odejścia do czegoś zmyślonego, gdzie sensowne idee zostają tak naprawdę przeciwskutecznie opisane ze względu na swoją toporność i prowadzą w ślepą uliczkę. A tutaj mamy bardzo wywrotową myśl, bo bohaterka uwalnia się od męskiego spojrzenia. Jest obiektem fascynacji ze strony dwóch mężczyzn. Wydaje się przez jakiś czas, że to będzie film o facetach, którzy o nią rywalizują, a ona się od tego odżegnuje. Jest w stanie się wyzwolić i zawalczyć o siebie, właśnie uciec od tego układu, w jaki wtłacza ją kultura czy jakieś stereotypowe myślenie. Dla mnie to jest fascynujące na wielu poziomach. Bo przecież mamy najpierw radio, mamy książki, jakieś historie miłosne ukryte w starych listach. To wszystko to jest porządek kultury i to zostaje porzucone na rzecz czegoś dużo bardziej pierwotnego i instynktownego. Czy ten koniec, to przecież jest wdarcie się do sfery zarezerwowanej dla mężczyzn. To jest takie bardzo śmiałe i reżyserka o tym wspominała w wywiadach, podzieliła się porównaniem właśnie z ziemią, gaucho, z takim porządkiem kowbojskim, który bohaterka przyjmuje i to jest fascynujące. Jeszcze jeden kontekst, który mi się nasuwa, kiedy o tym myślę, w kontekście *Trenque Lauquen*. Mnie ten film się spodobał też instynktownie. Bardzo szybko poczułem, że to jest coś dla mnie, bo poczułem pokrewieństwo z książką *Dzicy detektywi* Roberta Bolano, czyli jedną z moich ulubionych książek, gdzie też mamy do czynienia z grupą mężczyzn, którzy szukają kobiety. *Dzicy detektywi* są książką wspaniałą, ale taką bardzo chłopacką, z podejściem do zmysłowości, do seksualności, ewidentnie przepełnionym męską energią. Oczywiście Bolano jest samoświadomy, on na ten temat ironizuje, ale nie przewalczy tego. To jest jakoś wpisane bardzo ściśle w jego podejście do pisania i do życia, w jego poczucie humoru, w jego światopogląd. Reżyserka *Trenque Lauquen* składając hołd tej książce, jednocześnie podkopuje jej fundamenty, bo staje po stronie kobiety, która daje jej prawo do zjednoczenia z naturą i do tego, żeby pójść za własnym instynktem. Nie ocenia jej, a jeśli ją ocenia, to przekornie, bardzo pozytywnie. **M.P.:** To jest w tym wszystkim bardzo ciekawe, że ona jest botaniczką. Organizm roślin ma zupełnie inną cielesność, jest tajemnicą wiązań, gąszczem, jak ten ich pokój, w którym to zwierzę wyrasta. **P. Cz.:** Właśnie. Kiedy wróciłem do tego filmu, w swoim umyśle, bo przeczuwałem, że będziemy o nim rozmawiać, to pomyślałem, że dla mnie to jest antyteza *Opętania* Żuławskiego. Tam mamy męską energię, drapieżną i mamy potwora, który jest użyty w kontekście seksualnym i jest jakiś absolutnie perwersyjny i idzie w stronę pełną mroku, w *Trenque Lauquen* ten kontakt ze stworem, z jakąś dziwną istotą jest bardzo ambiwalentny i niejednoznaczny. I pod tym względem też dużo subtelniejszy. U Żuławskiego, mam wrażenie, natura, instynkty, pierwotność przerażały, a tutaj stanowią jakąś szansę, tajemnicę, której nie da się tak prosto zaszufladkować. To jest dla mnie dużo ciekawsze. **M.P.:** Tak, dla mnie też jest dużo ciekawsze. Nawet kiedy na świeżo oglądałam Herzoga, którego bardzo lubię, to mimo mojej wielkiej miłości do Herzoga i jego patrzenia mistycznego na naturę, to jednak jest on w tym jakoś zero-jedynkowy. Widzi w niej grozę, niebezpieczeństwo. Naukowcy w *Spotkaniach na krańcach świata* w podekscytowani tym, co badają, są jednocześnie tym przerażeni. A w *Trenque Lauquen* nie ma ocen. Jest labirynt, jest spirala. Tak jak u Rohmera, też jest spirala. **P. Cz.:** Tak, dlatego ja też lubię Herzoga oczywiście. Nie da się go chyba nie lubić, także ze względu na jego personę czy takie autoironiczne poczucie humoru, które on zaczął ujawniać stosunkowo późno. Przecież te jego filmy takie romantyczne, fabularne są wyraźnie przepełnione patosem. A później w tym momencie, kiedy już przekroczył pewne granice, to nagle się odbił od ściany i okazało się, że bywa też błazeński, jakoś ożywczy. Zawsze go uwielbiałem. Natomiast tak naprawdę, kiedy mówimy o Herzogu i naturze, to chociaż on się nią zajmował przez całe życie jako filmowiec, dla mnie najbardziej inspirująca jest historia jego wędrówki, wędrówki pieszej, którą opisuje też Zofia Król. Kiedy przyjaciółka Wernera Herzoga, filmoznawczyni Lotte Eisner była śmiertelnie chora, on zrobił zuchwały zakład z losem. Powiedział, że jeżeli przejdzie z Monachium do Paryża na piechotę i ją odwiedzi, odbędzie taką pielgrzymkę, to ona wyzdrowieje. Miał niewiadomo, skąd taką intuicję. Zrobił to, opisał gdzieś, stworzył dziennik tej podróży, dotarł na miejsce. Co się okazało, to jest niewyobrażalne i fascynujące, Eisner rzeczywiście wyzdrowiała. I żyła potem jeszcze 9 lat. Film Herzoga z tej podróży bym zobaczył. Miałby szansę być zdecydowanie najlepszy. Jest to najciekawsza historia, jakoś najbardziej mnie uruchamiająca na wielu poziomach. **M.P.:** *Zielony promień*. To znaczy: udało mu się. ** **P. Cz.:** No tak, że… **M.P.:** Że zobaczył. **P. Cz.:** Że on dostrzegł, tak. To rzeczywiście brzmi jak taka epifania. **M.P.:** Tak. **P. Cz.:** Taka jego pewność, że on to zrobi i że się uda. Zresztą, masz rację, przecież to też jest dokładnie rodzaj zakładu z losem, jaki przyjmuje bohaterka w finale *Zielonego promienia*. Ona też mówi, jeżeli zobaczę zielony promień, to znaczy, że będę żyła długo i szczęśliwie z tym człowiekiem u mojego boku. No tutaj było to samo, rzeczywiście. I oczywiście ta podróż nie była luksusowa. On opisywał podobno w tej książce, bo nie wiem czy ona jest przetumaczona, czy wyszła tylko po niemiecku. Nie czytałem, znam to z jakichś różnych zapośredniczeń, [m.in](http://m.in). Zofii Król. Ale nie tylko. Podróż, jak można sobie wyobrazić pieszą wędrówkę przez tyle kilometrów, była wyniszczająca. On tam się zranił. Był wyziębnięty. Był w jakichś skrajnych sytuacjach, natomiast ostatecznie przyniosła oczyszczenie i coś absolutnie mistycznego, ale mistycznego w taki sposób pozytywny, budzący ufność do rzeczywistości. To też jest Rohmerowskie. **M.P.:** Rohmerowskie, w pełni. Ciekawe, dopłynęliśmy do jakiegoś punktu. Czy miałbyś ochotę wskoczyć na jakąś tratwę z tego punktu? **P. Cz.:** No pewnie, a rzucisz koło ratunkowe? **M.P.:** Koło ratunkowe widzę w czymś, co zaproponowałeś już na ostatniej prostej naszych rozmów. **P. Cz.:** To świetnie, bo mnie też zniosło w tę stronę. Kiedy zacząłem myśleć, gdzie bym dopłynął z tym kołem, to zacząłem widzieć na horyzoncie… **M.P.:** *Ogrodnika i śmierć?* **P. Cz.:** Tak. Gospodinowa. Zapowiadam w tym miejscu, to się wszystko nagrywa: on w ciągu w dziesięciu najbliższych lat dostanie Nobla. Jestem w stanie się założyć o butelkę rakiji. **M.P.:** Przyjmuję, dobrze. Stać mnie na butelkę rakiji. Ale skoro wskoczyłeś na tę tratwę, to natura czym się tu staje u Gospodinowa? ** **P. Cz.:** Staje ****się nośnikiem pamięci, ale może nawet bardziej nośnikiem obecności osoby, której już nie ma w sensie fizycznym. I to jest piękne. **To jest bardzo mistyczny wymiar natury, który zawsze mnie pociągał, że tak naprawdę przez bliskość z naturą za życia ojca narratora, a ojca też pisarza, bo Gospodinow nie ukrywał, że to jest bardzo autobiograficzna książka. Przez to, że jego ojciec był właśnie z zamiłowania ogrodnikiem i o swój ogród dbał, myślenie o ogrodzie, o cykliczności natury, sprawia, że Gospodinowi łatwiej się oswoić z nieobecnością ojca albo dostrzegać ślady jego obecności, w tym, czym on się fascynował. I myślę, że w tym jest coś pięknego i że to jest oczywiście pewna metafora, ale natura właśnie ze względu na swoją cykliczność i na to, że każdorazowo, bo tak dyktuje cykl przyrody, następuje w niej odrodzenie, jest nośnikiem nadziei. **I takiego bardzo krzepiącego przekonania, że to jeszcze nie wszystko, że w jakiś sposób strata nie jest, czy nie musi być, definitywna. Że człowiek zostawia ślady, że te ślady tkwią w jego pasji, w tym, co go zajmowało. I że to może działać na zasadzie pewnej sztafety, że robiąc to samo, co tego człowieka, którego już nie ma, fascynowało, jesteśmy mu jakoś wierni i utrzymujemy z nim kontakt. **Gospodinow na to patrzy z dystansu, jak to pisarz, jak to intelektualista wielkomiejski, ale daje przykład swojego brata, który jeździ do tego ogrodu. Wcześniej nie miał w sobie takiej żyłki, ale odkąd zabrakło ojca, to właściwie kontynuuje jego dzieło. I Gospodinow na to patrzy i jego świadomość, że to dzieło jest kontynuowane, go bardzo krzepi, a w jeszcze bardziej bezpośredni sposób to się manifestuje w filmie, który pojawił się w Rotterdamie, później na Nowych Horyzontach. Ja go też pokazałem na WAMA Film Festiwalu, bo mnie bardzo wzruszył. To jest film bliski pod wieloma względami *Ogrodnikowi i śmierci*, też geograficznie i kulturowo. Książka jest bułgarska, film jest też bałkański, serbski. To jest także bardzo autobiograficzny film, taki esej dokumentalny, który polega na tym, że reżyser jedzie do rodzinnej wioski czy miasteczka, żeby zrobić film dokumentalny o swojej mamie i tam też magia kina się uaktywnia manifestuje, czy magia montażu filmowego, taka metafizyczna jakość kina, bo mamy sytuację, w której bohater zaczyna kręcić dokument o swojej mamie, ona choruje, jej się pogarsza i mimo, że wiemy, że ona nie żyje, to jednak do nas wraca w tym filmie za pomocą materiału, który reżyser zarejestrował, nakręcił wcześniej, tam się zmieniają plany czasowe i w tym jest coś absolutnie pierwotnego, że my oczywiście intelektualnie wiemy, że to jest montaż, że po prostu jest zaburzona chronologia, ale to, że ona w jakiś sposób wraca na ekranie jest absolutnie metafizyczne i kojące i oś relacji bohatera z jego matką też jest oparta o stosunek do natury. Reżyser zdecydował się na życie miejskie, wraca jako obcy, pewien outsider w swojej rodzinie, jest człowiekiem z innego świata. Widać, że to jest przestrzeń jakiejś polemiki z matką na początku, że oni między sobą żartują, docinają, oczywiście w taki czuły i łagodny sposób, ale jednak, że on nazywa matkę hipiską, bo matka ma w sobie coś takiego, powiedzmy bułgarskiego, że bardzo dużo mówi o jedności z naturą, ta tytułowa fraza, takie zaklęcie: *Wietrze* *mów do mnie*, to też jest z matki reżysera, bo ona twierdzi, że wiatr chce nam coś przekazać, że niesie ze sobą znaczenie, a reżyser racjonalista ironizuje sobie na te tematy, po czym, co się dzieje, kiedy matki zaczyna brakować? On powoli daje się przeciągnąć w tę stronę, bo widzi, że w naturze, którą tak kochała, jest przestrzeń na kultywowanie więzi, na nawiązanie jakiegoś kontaktu z matką, albo ze wspomnieniem, z wyobrażeniem matki, też jest bardzo wzruszające, jak przyglądamy się temu procesowi, jak reżyser, bohater, tak naprawdę przejmując zainteresowania, czy światopogląd matki, czy wrażliwość matki sprawia, że ona gdzieś tam istnieje, w jakiś dziwny sposób, w jakimś wymiarze ją ocala, czy zaczyna tworzyć z nią w pewnym sensie jedność, i to wszystko się dzieje właśnie w przestrzeni natury, to zaklęcie *Wietrze, mów do mnie* nagle zaczyna działać, jest to coś absolutnie pięknego w tym filmie. Ten film poruszył we mnie absolutnie czułą stronę. Ukoił mnie. Pozwolił mi obłaskawić ochrony przed czymś, czego naprawdę bardzo się boimy. Co wzbudza jakiś pierwotny lęk przed ostateczną stratą. Przed takim radykalnym, głębokim przemijaniem. Pokazał, że można na to spojrzeć od zupełnie innej strony. Naprawdę głęboko się wwiercił mi się w świadomość.